Ubezpieczenie zdrowotne w USA - część I

IMG_20140204_191618

System opieki zdrowotnej w Stanach Zjednoczonych jest najdroższy na świecie. Opiera się na drogich, prywatnych ubezpieczeniach medycznych, często wykupywanych zbiorowo przez pracodawców. Dla osób posiadających dobre ubezpieczenia cechuje się on jednym z najwyższych poziomów opieki na świecie (szczególnie dobrze rozwinięte są wszelkie nowoczesne technologie i sposoby leczenia). Niestety dla osób posiadających tanie ubezpieczenie lub nieubezpieczonych choroba często oznacza ogromne długi lub problem z uzyskaniem świadczeń na odpowiednim poziomie.

W dzisiejszym wpisie postaram się przybliżyć ten skomplikowany system od strony teoretycznej – jakie modele ubezpieczenia mamy do wyboru i czym się różnią. O stronie praktycznej – wizytach u lekarza i ich rozliczaniu – napiszę w jednym z kolejnych wpisów.

Podstawowe pojęcia i parametry ubezpieczeń zdrowotnych

Kupując ubezpieczenie lub wybierając ubezpieczenie oferowane przez pracodawcę, trzeba być świadomym podstawowych parametrów, którymi się ono cechuje. Kiedy udamy się do lekarza pierwszego kontaktu lub specjalisty, ubezpieczyciel może pokrywać określony procent kosztu wizyty (np. 70%), może też być tak, że pacjent płaci stałą sumę (np. $30), zaś ubezpieczyciel pokrywa resztę. Dodatkowo wysokość naszej dopłaty może zależeć od konkretnej przychodni i umowy, którą posiada (lub też nie) z naszym ubezpieczycielem. Zdarza się też, że jeśli przyjdziemy do lekarza bez ubezpieczenia, zapłacimy mniej, niż wynosiłby rachunek wystawiony ubezpieczycielowi (trochę na zasadzie, że skoro ubezpieczyciel jest bogaty, to można od niego zażądać więcej). Również cena tego samego zabiegu w różnych przychodniach może się znacząco różnić – przykładowo część przychodni działa na zasadzie non-profit, czyli ewentualne zyski inwestują w poprawę jakości (za co zyskują zwolnienia podatkowe), a jednocześnie ich usługi mogą być tańsze.

Koszta leczenia poważnych przypadków (np. opieka nad wcześniakiem) często przekraczają milion dolarów, dlatego każdy plan zdrowotny określa ile maksymalnie w ciągu roku pacjent może wydać z własnej kieszeni, a powyżej tej sumy ubezpieczyciel pokrywa całość dalszych kosztów leczenia. Niektóre plany ubezpieczeń określają też maksymalną sumę, którą wydadzą na pacjenta (lub na podzbiór zabiegów) w ciągu całego życia.

Ubezpieczenie zdrowotne wybiera się najczęściej na cały rok, po czym płaci w ratach, co miesiąc lub dwa tygodnie, często pracodawca potrąca sam odpowiednią kwotę z wypłaty. Istnieją również ubezpieczenia krótkoterminowe, np. na wypadek chwilowego braku pracy, jednak mogą mieć one szczególne obostrzenia (zabronione przy polisach rocznych), np. co do stanu zdrowia.

Reforma Prezydenta Obamy

Do niedawna ubezpieczyciel mógł odmówić sprzedaży ubezpieczenia osobie już chorej, której leczenie by mu się nie opłacało, lub uzależniać koszta ubezpieczenia od stanu zdrowia pacjenta. Zabroniła tego reforma zdrowia prezydenta Obamy, przy okazji nakładając wymóg, aby prawie każda osoba, z wyłączeniem najbiedniejszych, wykupiła ubezpieczenie zdrowotne (pod groźbą zapłaty dodatkowego podatku). Od przyszłego roku pracodawcy zatrudniający minimum 50 osób będą musieli zaoferować swoim pracownikom ubezpieczenie zdrowotne lub zapłacić karę.

W drugiej części wpisu opiszę najbardziej popularne plany ubezpieczeń zdrowotnych w USA, ale już teraz wszelkie komentarze o „przygodach” ze służbą zdrowia w USA mile widziane! :)

7 przemyśleń nt. „Ubezpieczenie zdrowotne w USA - część I

  1. Ceny bywaja kosmiczne to fakt…my za 60cio dniowy pobyt w szpitalu naszej malej wczesniaczki dostalismy rachunek na ponad milion. Na szczescie ubezpieczenie pokrylo to w 100% bo szpital mial z nimi umowe.
    W tym calym ubezpieczeniowo-rachunkowym zamieszaniu nalezy pamietac ze nawet jak ktos nie ma kasy i dostanie ogromny rachunek to przy prawie kazdym szpitalu istnieja fundacje charytatywne pomagajace lub nawet splacajace calosc naleznosci – wystarczy poszukac takiej fundacji i wykazac ze ma sie nieciekawa sytuacje zwiazana z rachunkami.
    Co do samej reformy Obamy – szkoda gadac……znam wiele osob ktore stracily darmowe ubezpieczenie w pracy, znam wiele ktorym przez reforme ubezpieczenie bardzo wzroslo…i nie znam nikogo kto na tej reformie skorzystal.

    1. Hm, mam wrażenie, ze reforma ma pomóc głównie osobom, których do tej pory ubezpieczenia nie miały. Ale faktycznie, jeśli wcześniej miało się ubezpieczenie, to żadnego zysku nie ma, a żeby cena wzrosła to już trochę niefajnie…

      1. Teoretycznie tak jest. Szkoda tylko ze jest to robione kosztem innych. (Nie bede sie rozpisywal ale nie znosze nierobow marnujacych swoje szanse a to wlasnie ta grupa najbardziej zyska) Do tego wiekszosc tych do tej pory nieubezpieczonych byla w takiej sytuacji na wlasne zyczenie. Jedyna dobra rzecza w tej reformie jest to ze ubezpieczalnie nie moga nikomu odmowic ubezpieczenia….reszta to niestety porazka.

    2. Ubezpieczenia maja kontrakty ze szpitalami i rachunek jaki placa zwykle jest o wiele nizszy niz rachunek wystawiony przez szpital pacjentowi.
      Przyklad: bylem na emergency przez 4 godziny – szpital wystawil rachunek na prawie $15 tys. Ubezpieczenie zaplacilo – zgodnie z kontraktem ponizej $4 tys.. Gdybym nie mial ubezpieczenia – musialbym to zaplacic albo negocjowac – inaczej maja prawo to sciagnac np poprzez zlicytowanie domu….

      Co do samej reformy Obamy – …znam wiele osob na tej reformie skorzystaly. Stracilo tez wiele – praktycznie w jakims sensie wszyscy poniesli koszt poniewaz stawki w kazdym prawie ubezpieczeniu poszly do gory, ale glownie Ci co mieli „niestandartowe” ubezpieczenia poniewaz Obamacare stara sie to jakos ujednolicic.
      Z jedej strony duzo negatywnech i slusznych komentarzy ale chyba – podobnie jak kiedys z SS, lepsze to niz to co bylo.

  2. piszcie co chcecie o ubezpieczeniach w Stanach ale takiego „obciachu” jak w Polsce to chyba tam nie ma. Do specjalisty zarejestrowano mnie na 31 marca 2015 roku, wtorek godz.9.00 – super!!! ciekawe, czy doczekam!!!
    Z tego co wyczytałam to z wizytą u specjalisty nie ma problemu?
    a teraz żart: chorujesz na nerki? to z mieszanki studenckiej wyjedz wszystkie orzechy nerkowca!

    1. Na wizyty do specjalistów czekałam od jednego do trzech dni, trafiłam też na bardzo fajnych lekarzy, którzy poświęcają pacjentowi dużo czasu wszystko dokładnie tłumacząc. Być może po prostu miałam szczęście, ale terminów na za rok nikt nie proponował ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


dziewięć − = 1

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>